Zawód męża? po raz pierwszy, drugi i trzeci

Lawendowa sala porodowa była moim trzecim etapem na ścieżce szpitalnej w porodzie małej W. Trzeci zatem raz odpowiadałam na te same pytania. Nie znają obiegu dokumentów? Sprawdzają, czy nie kłamiesz? Cudowna położna, na początku nieco oschła w kontakcie (co mnie, leżącej ZNOWU pod ktg i myślącej tylko o rozwarciu, specjalnie nie ruszyło) zapytała o zawód męża. Poza moim miała jeszcze 2 porody w fazie rozwojowej mocno krzyczącej. Gdy odpowiedziałam „kucharz”, pierwszy raz podniosła na mnie wzrok znad dokumentów i spojrzała mi w oczy.

– a to Pani ma dobrze!

Wybuchnęłam śmiechem. Zatrzymałam dla siebie, co pomyślałam. Padło jeszcze kilka pytań, po których dziarskim krokiem nastawiony przeze mnie do działania i zawezwany telefonicznie, wracaj, rodzimy, do sali wkroczył mój mąż. – Kochanie, pani pyta, dlaczego nie gotujesz w domu? – zażartowałam nie po raz ostatni w tym porodzie.

– Bo mnie nie ma – tzw.kurtyna. Przynajmniej szczerze.

Tak pokrótce z dużym B. przywołaliśmy na świat naszą córkę. Razem, szczerze, z żartem tam czy siam. Hardcorowo było też, oczywiście. A potem znowu śmiesznie, jak dużemu B. salowa rozsypała skarby z torby na podłogę, więc czarował w środku tej szczególnej nocy wszystkie obecne Panie i zapraszał wizytówkami do swojej restauracji, skoro takie Jego kuchni ciekawe. Tym razem mnie ruszyło. Jako ponownie świeża mama zdobywałam właśnie k2 swego pierwszego siusiu tuż po, a w głowie kołatała mi myśl, że duży B. wolnego na córkę nie weźmie.

A.

Superbohater-ka !

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego natura to kobietę wybrała na matkę i opiekunkę rodzinnego ogniska? Ja nie raz i zawsze w najmniej oczekiwanym momencie, znajduje odpowiedź na to pytanie.
Tak na przykładzie wczorajszego dnia, krótka rozpiska:
7:00-8:00- dostarczenie dziecka do żłobka
8:00-16:00 praca
16:00-17:00 odbiór dziecka ze żłobka (ewentualnie szybkie zakupy – szybkie, bo jesteśmy w trakcie odpieluchowywania) na szczęście idzie nam znakomicie, więc bez wpadki
17:00-19:00 – jedno pranie ściągnięte z suszarki, drugie wstawione, 3 obiady na kolejne dni + kolacja, napełnione dwie zmywarki, uszykowane rzeczy do żłobka, generalne ogarnięcie przestrzeni do życia
19:00 – 20:00 – czas dla M, wspólne zabawy
20:00- 21.00 – kąpiel, bajka na dobranoc i lulu
Chciałabym najbardziej skupić się na tych 2 godzinach 17-19. Ile z tych rzeczy, które wypisałam (a pewnie pominęłam jeszcze jakieś drobne szczegóły) zrobiłby facet? Jestem pewna, że nawet nie połowę. Ja nie mówię, że oni nie mają chęci, że nie potrafią, co to, to nie. Tylko chodzi o nasze zaprogramowanie, my kobiety mamy w sobie taki mały komputer, który jest zaprogramowany na robienie 13 rzeczy na raz, a co ważniejsze na robieniu ich poprawnie i do końca.
Ojcowie po prostu nie mają tego magicznego komputera. Oczywiście co najdziwniejsze w pracy kucharza, taka wielozadaniowość jest najważniejsza i bez umiejętności robienia wszystkiego na raz nie byliby profesjonalistami. Wyobraźcie sobie, jak gotujecie, tak jak ja ostatnio 3 obiady na raz, żeby przez kolejne dni mieć więcej czasu dla dziecka. Widzicie oczami wyobraźni jak wygląda kuchnia, pobojowisko, sprzątania więcej niż gotowania i niekończąca się historia. Teraz wyobraźcie sobie, że gotujecie na raz dla 50 osób. Ile czynności trzeba wykonywać w jednym czasie, żeby wszystko sprawnie i na czas wyszło z kuchni. Logistyka jak dla mnie nie – kosmos. I zawsze jak o tym myślę, to podziwiam mojego męża, że to ogarnia. Ja bym nie potrafiła.
Co za tym idzie, zawsze przychodzi druga myśl, dlaczego tej praktyki nie może przenieść na grunt domowy? Dlaczego zrobienie 3 rzeczy w ciągu godziny graniczy z cudem i jest dla niego nie do zrobienia? I dlaczego ja to ogarnę, a on nie?
Może jest tak, że mają ten komputer, ale tylko taki, który uruchamia się w pracy, bo w domu przecież jest drugi 🙂 Może głęboko wierzą w to, że my kobiety, po prostu mamy komputery z lepszym oprogramowaniem – dom?
W każdym razie wniosek jest jeden, my kobiety jesteśmy stworzone do tego, żeby dzielić swoją super moc na bycie matką, żoną,kochanką, pracownikiem i we wszystkim potrafimy być dobre. Taka to przewaga nad tymi naszymi facetami.


Jesteście kochani, bez Was byłoby źle, ale to my mamy super moce, superbohaterów.
Sorry, not sorry 🙂

Rola ojca part.II, The Oscar goes to…

  • Projekt: Rodzina
  • Zdjęcia: głównie ja
  • W rolach głównych: ….
  • Scenariusz: życie
  • Reżyseria: Ja myślę, że ja, ale życie
  • Tytuł: Rola ojca cz.2

Wprowadzenie: Rola gastroMama: ma tendencje do brania na siebie za dużo. Według profesjonalistów i obserwatorów próbuje udowodnić, że może więcej i jeszcze więcej. W ekstremalnych przypadkach bierze na siebie wszystko z przekonaniem, że nikt nie zrobi tego (miejsce na przykład własny) lepiej. Przyciśnięta do muru podaje dużo przykładów tego, jak Tata mógł zrobić więcej/lepiej, czyli tak jak ona by zrobiła. Jednostki wolne od tego przekonania żyją dłużej i spokojniej, w niekoniecznie posprzątanej chacie. Od zawsze wiadomo, że potrafi odnaleźć to, czego inni członkowie klanu znaleźć nie potrafią (dotyczy też posprzątanych domów). Jak Jej się wydaje, że więcej nie dźwignie, bierze głęboki oddech i dźwiga. 

Rola gastroTata: zazwyczaj jest mężczyzną, więc zazwyczaj ma tendencję do nie brania na siebie za dużo. Według obserwatorek nie próbuje utrudniać sobie życia. Uwaga jednak, profesjonaliści zgodnie stwierdzają, że ma 50% udziałów w projekcie Rodzina. Eksperci przypominają, że udziały to nie tylko zyski, ale i straty.  

Wskazówki dla reżysera: Tak prowadzić role, by się równoważyły. Uwaga na zagrożenia! Rola Mamy może próbować zdominować rolę Tata w projekcie Rodzina, rola Taty może nie stawiać oporu i z ulgą leżeć na kanapie. 

Kamera! Akcja! 

Obraz autorstwa OpenClipart-Vectors na Pixabay

Powodzenia;)

Komentarz z życia: Kto z nas nie marzył o wręczaniu statuetek, blasku fleszy, party w stylu Hollywood.hmm..za te role Oskarów nie będzie, co najwyżej słodkie buziaczki 😛

A.

Rola ojca, part I

Zacznę od tego, że dzisiejszy wpis zrodził się w mojej głowie przypadkiem.


Przede mną ciekawy i upragniony weekend. Po długiej przerwie spotykam się ze swoją przyjaciółką. (nie widziałyśmy się długo za długo, a dodam, że mieszkamy od siebie ok. 200 km, a nie 2000 :), żeby było ciekawiej ). W związku z tym oddelegowałam rano męża oraz dziecię moje, do dziadków na weekend. My będziemy miały całe dwa dni, na gadanie, a oni spędzą czas z najbliższymi, a co ważniejsze ze sobą.
Usłyszałam dziś, zdanie typu: ale jak to? Tak sobie z koleżanką robisz weekend, a męża i dziecko gdzieś wysyłasz? Męża SAMEGO Z DZIECKIEM? (dodam, że koleżanka zostawia z mężem dwójkę dzieci)


I zrodziło się w mojej głowie pytanie. Jak postrzegany jest ojciec w dzisiejszym modelu rodziny? Jako pełnoprawny rodzic, że dzielimy się wszystkim pół na pół i obowiązkami i przyjemnościami, (pomijając karmienie piersią i poród-sorry to już pretensje do matki natury) czy jest ojcem, to w sumie ma jakieś mniejsze prawa, może mniej kocha, a może zająć się nie potrafi, a już na pewno nie tak jak mama. Mimo że z wieloma poglądami idziemy naprzód, to czasem mam wrażenie, że gdzieś tam jeszcze, po kątach naszego umysłu, plątają się zaściankowe stereotypy. Tata to „gorszy” opiekun od matki, że to matka najbardziej potrzebna dziecku, niezastąpiona itp., że ojciec to się zajmuje, ale może tak nie do końca, jak powinien.

Gdańsk, czerwiec 2018


A ja mam takie dwie refleksje, że tata jest tak samo od kochania, wychowania, rozpieszczania, ugotowania obiadu i przebrania tyłka jak mama. W każdym momencie życia naszych dzieci powinniśmy być razem i uczyć, że rodzina to jednostka nierozerwalna i nie ma w niej podziałów na lepszą mamę, gorszego tatę, albo odwrotnie. I tak samo, jak ja jadę na weekend do rodziców i spędzam czas z nimi i z córką, tak samo zrobi dziś mój mąż.
Wiem, że oboje potrzebują pobyć ze sobą, a ja potrzebuje pobyć z kimś innym przez chwile. Jest to normalne, zdrowe i z korzyścią dla każdego.
Tu nasuwa się druga refleksja.

wrzesień 2018

Matki (ojcowie oczywiście tez !) nie bójcie się robić, sobie dobrze (omg tutaj bez skojarzeń poproszę :D), Jeżeli macie ochotę wyjechać w dwójkę na weekend, zróbcie to! Jeżeli macie ochotę oddelegować jedno z Was gdzieś-tam, zróbcie to. Spotkajcie się z przyjaciółmi, idźcie do kina, teatru, na imprezę, nie dajcie sobie wmówić, że jesteście egoistami, bo chcecie przez chwile pobyć sami/same, a swoje słodkie bobasy mniejsze i większe oddelegować do babć lub dziadków. Każdy czerpie z tego pozytywne emocje, a wychillowany i spełniony rodzic, to najlepszy rodzic.

Życzę cudownego weekendu!

M.

Święto (Zakochanych)

Walentynki to przykład idealnie obrazujący cechę życia wielu gastropar: nieobecność. Święto zakochanych jest jednym z dni w gastronomii, w które pracy jest więcej niż zazwyczaj, godzin pracy tym bardziej. Pięknie się tym samym objawia, że Ci którzy potrzebują ustalonego dnia na świętowanie uczuć, idą jak w dym w celebrację, najczęściej przez wspólną kolację. Na którą ja jako gastropartnerka nie mam szans.
Tak jak Walentynki odpuszczam bez żalu, trudniej bywało/ bywa mi pogodzić się z różnymi możliwymi nieobecnościami, w innych branżach nie do pomyślenia:  długi weekend majowy, długi weekend czerwcowy (Boże Ciało), długi weekend sierpniowy (wolny 15.08), drugi dzień Bożego Narodzenia czy Wielkanocy, Sylwester (mój dystans do tego dnia wynika pewnie z doświadczenia w gastro). 

Oczywiście wszystko zależy: od tego, jaką miejcówką zarządza gastromąż i jaka jest jej polityka dotycząca tych wolnych dni. Czy gastromąż zarządza, czy jest zarządzany. Czy  akurat Jego zastępca nie udał się przypadkiem na tzw. L4.  Czasem po ludzku zalewa mnie krew ze złości albo zazdrości rodzinom, w których pracę kończy się o 17 i weekendy spędza zawsze razem. 

Jak sobie radzić? Razem. Znowu potrzebna jest elastyczność. Można wyjechać, jak inni już wrócą, można zrobić weekend w środku tygodnia, można sobie powynagradzać to i owo tak czy siak. Niezbędne są chęci, a że gastrobiznes też lubi długie weekendy, to dzisiaj zaczynamy długi weekend walentynkowy. Chęci potrzeba więc znacznie więcej. Wszechobecne serduszka i zestawy podarunkowe w sklepach już od dobrych kilku dni przypominały mi, że mój mąż będzie wracał jeszcze później i jeszcze krócej niż zwykle rozmawiał ze mną przez telefon.

Trzymam kciuki dzisiaj i do niedzieli za wszystkich gastroartystów i rzemieślników i ich drugie połówki. Przyjemnego świętowania w przyszłym tygodniu po porządnym odespaniu ♥ Walentynki? Na pewno warto mieć alternatywny pomysł na ten dzień. Oby tylko na ten;)

A.

W zdrowiu i chorobie…

Są w naszym życiu momenty, kiedy praca mojego męża to dla nas błogosławieństwo.

Jednym z nich jest moment, kiedy dopada nas, a konkretnie córkę choróbsko. W swojej karierze M. na szczęście nie ma wielu tygodni spędzonych w domu. Nie opuszcza żłobka na dłużej niż tydzień, ale przeziębienie ze wskazaniem na pozostanie w domu, się zdarza.

Dziecko w chorobie part 1.

Co się dzieje, kiedy słyszysz od lekarza tydzień w domu? Tydzień urlopu i opieki nad dzieckiem, projekty leżą odłogiem, bo przy dziecku nic nie zrobisz (przynajmniej przy moim, najlepiej przecież bawić się siedząc mamie na głowie). Po tygodniu niewychodzenia z domu, dla aktywnej mamy, która stara się dziecku zapewnić wiele ciekawych zajęć, powoli obie dostajemy ostro na głowę. Jestem z tych osób, które uważają, że zrównoważone życie zawodowe i rodzinne, to sukces i spokój w głowie. Czas urlopu macierzyńskiego, kiedy z M. byłyśmy 24 h razem, był czasem cudownym, ale cieszę się, że zdecydowałam o powrocie do pracy. Nie lubię siedzieć w 4 ścianach, stram się brać z życia co się da,  lubię, jak coś się dzieje, jak się czegoś uczę (stąd nasz kalendarz do końca maja jest już praktycznie w całości zaplanowany). Nie pamiętam weekendu, który cały spędziliśmy w domu nie robiąc nic (nie licząc 1 – w chorobie).

Dziecko w chorobie part 2. Kreatywne gotowanie.

Oprócz swojego spełnienia, jestem szczęśliwa patrząc jak moje dziecko rozwija się w żłobku. Trafiłam na super placówkę, do której moje dziecko biegnie wręcz z radością. Widzę jak w ciągu roku rozwinęła się pod każdym względem i jestem przekonana, że ja sama w domu bym jej tego nie zapewniła.

Wracając do tematu radzenia sobie w awaryjnych sytuacjach,

Jesteśmy szczęściarzami, bo w każdej chwili może przyjechać babcia, albo dziadek, ale to ma też swoje minusy. Ktoś jest cały czas u ciebie w domu, mniej prywatności, czasu na swoje zajęcia np. (joga), a poza tym gość w domu cały tydzień jednak męczy.

I tu rozpocznę pochwałę życia z gastromężem, który zarządza swoim czasem pracy, ma pracowników, którym może oddelegować specjalne zadania i jest dostępny dla rodziny. Nasz ostatni tydzień wyglądał następująco – mąż 8-16 w domu na dyżurze z dzieckiem, ja wracam, on wychodzi do pracy. Wiadomo, wiadomo może się trochę mijamy, ale wszystko da się nadrobić, albo za cenę krótszego snu, albo w nadchodzący weekend, kiedy jeden dzień będzie w całości dla nas.

I tu chciałabym podkreślić jak dobrze mieć męża, który ogrania życie.

Co mam na myśli? Nie dość, że super zajmuje się dzieckiem i widzę, jak dla obojga jest to cenny czas, to jeszcze ugotuje obiad, posprząta, a nawet wykona jakieś drobne prace „remontowe”, które czekały na wolną chwilę.

(Piękne są te nowe fugi ) Ja w tym czasie mogę ze spokojną głową udać się do pracy i robić swoje, wiedząc, że jedno z drugim świetnie się bawi.

Tak, tak moi drodzy, to jeden z nielicznych postów (oczywiście z przymrużeniem oka) , kiedy wychwalam gastromęża i jego wkład w nasze życie rodzinne.

Dziękuje A., że razem dajemy radę !


Me-time vol.1 sport

Sportowe kształtowanie ciała i ducha to dla gastromatki często głos wołającego na puszczy. W jeden wtorek możesz iść na swój pilates, a potem dopiero za 3 tygodnie. Albo w czwartek, jeśli znajdziesz kogoś, kto zostanie z dzieckiem. Tyle zachodu, a co zrobić za tydzień?Ile karnetów na siłownię pożegnałam z żalem, ile wyjść na fitness musiałam odpuścić, żeby potem przestać je planować, nie mogąc liczyć na obecność męża w domu? Sytuacja nie dotyczy tylko gastromężów, ale wszystkich ojców dzieciom, którzy pracują w zmiennym systemie. Jak ktoś ma taką opcję, można sobie pomóc, zostawiając dzieci z babcią/dziadkiem/wujkiem etc. Mnie też zdarzało się to robić, ale raczej przy okazji rozrywek nie-sportowych;) Można też poranne obowiązki opiekuńcze scedować na męża i wstawać o 5, żeby już po godzinnym treningu być świeżą i pełną wigoru w pracy od 8. Jeśli to komuś odpowiada, mnie nie. Więcej wspomnień mam z powrotów o 5, niż wstawań. Wróc, dzieć 1. przypomniał mi, jak to jest nie spać o 1,2,5. Zaklinam teraz dziecia 2, żeby choć trochę spała. Wracając do sportu, można też do pracy biec, robiąc dwa kółka przez park. Można też robić przysiady w kolejce do ekspressu, można też rozciągać się w kolejce do łazienki. Sęk w tym, że trochę nie o to chodzi.

Trening to część wielkiego wyzwania w życiu gastromatki pt.czas dla mnie. Me-time w życiu matek to temat na książkę w ogóle, a szczególnie obszerny rozdział poświęciłabym tym, które nie mając zaplecza rodzinnego, pozostają aktywne zawodowo, towarzysko, jeszcze nie aspołeczne, już prawie padające ze zmęczenia, ale jeszcze dadzą radę uszczknąć coś z życia dla siebie.

Wracając do myśli początkowej, czy da się trenować i dbać o siebie, będąc w gastrozwiązku? Tak, jeśli pokochasz jogę. Jeśli masz inne pomysły, będziemy Ci wdzięczne za komentarz z inspiracją. Tak się złożyło, że dla M. i dla mnie wieczorna joga w salonie okazała się najlepszym wyjściem. Na teraz. 

Czas dla mnie wypełniam treningiem i nie myślę o wszystkim, co mnie goni w dzień. Korzystam z gotowych treningów na youtubie. Unikam tylko tych po niemiecku, za Chiny nie mogę się skupić 🙂

Od czasu trenowania w ciąży zdarza się, że prześladuje mnie jakaś myśl, jak np.dzisiaj (trening wyjątkowo w południe). Najczęściej jest to pizza :):):) Więc tak ją robię:

Zawsze tak samo, heheh

przyjemnego wieczoru.

A.

Organizacja – rzecz święta!

Logistyka w naszej rodzinie jest na bardzo wysokim poziomie. I absolutnie nie jest to spowodowane tym, że oboje jesteśmy super organizowani, musieliśmy się tego nauczyć.

Do momentu, w którym byłam na urlopie macierzyńskim, szło gładko. Ja swoje „załatwianie” spraw musiałam tylko dopasować do wolnych dni mojego męża, które w tym wypadku (na szczęście) często miały miejsce w tygodniu. Urząd od rana? Nie ma problemu. Fryzjer, kosmetyczka, paznokcie od rana (co w tej historii jest istotne- od rana oznacza pełno wolnych terminów, po 16.00 jest dramat), no problem. Badania moje – dziecka, szczepienia- wszystko załatwiamy razem w wolny dzień.

Od spraw codziennych, przechodzimy do wyjazdów. Wizyta u rodziców w tygodniu, nie ma problemu, większość (u nas) babci i dziadków na emeryturze, kompletnie nie przeszkadza im, że będziemy w poniedziałek i wtorek, a nie w weekend. Wyjazd we trójkę na weekend (w tygodniu of course), żadnych przeszkód, a i prawdziwe weekendy się zdarzały!

Wakacje – och jak tutaj było łatwo, mąż oświadcza: mam tydzień wolnego, ja siadam i organizuje wyjazd. Jakie to proste.

czerwiec 2018r.

Rzecz potwornie ważna, dla każdych rodziców- wyjazdy we dwójkę. Jestem ogromnie wdzięczna, że oboje mamy takich rodziców, co to na każde zawołanie są, by nam pomóc. Od kiedy więc jest z nami M. mieliśmy wiele okazji, by wyjechać, pójść do kina, teatru i na koncert. Tych koncertów w przeciągu ostatnich dwóch lat było więcej niż w przeciągu całej naszej wspólnej kariery. Da się? Da, jeżeli masz odpowiedni support, można zorganizować wszystko.

Woodstock 2018

Małe schody zaczęły się, kiedy po roku „urlopu” macierzyńskiego wróciłam do pracy. Poniedziałek – piątek 8:00-16:00. Zaznaczę, że to nowa praca, poprzednio również pracowałam w gastro i miałam tak samo nienormowany czas pracy, jak mój luby.

Ogromnym plusem takiego etatu jest to, że równo ze mną swoją przygodę ze żłobkiem rozpoczęła moja córka. Kto oddawał dziecko do żłobka, ten wie, jakie są początki tej fascynującej przygody. Ja w nowej pracy- moje dziecko pierwszy raz w życiu w placówce! Jakie istne to było szaleństwo, jeszcze kiedyś Wam opowiem.

Ogólnie rzecz biorąc planowanie różnych rzeczy podskoczyło z poziomu podstawowego do poziomu level hard. Umówienie się na paznokcie po 16:00- co najmniej z miesięcznym wyprzedzeniem, fryzjer, kosmetyczka – to samo. Dodatkowe zajęcia, chociażby basen, owszem są możliwe do zrealizowania, ale nie ma w tym, żadnej regularności, raz pójdę po południu, raz wieczorem, czasem przez dwa tygodnie w ogóle, bo akurat tak wyjdzie. W związku z tym kurs językowy, zajęcia fitness, wszystko, na czym musisz być regularnie, podpada.

Wspólne weekendy, wyjazdy, urlopy – wszystko się da zorganizować, z odpowiednim wyprzedzeniem. Miesiąc jest zaplanowany w 100% już od pierwszego dnia miesiąca, a czasem i wcześniej.

Wszystko pięknie, ale zdarzają się chwile, kiedy wszystkie plany rujnuje jedno zdanie: „kochanie muszę jutro być w pracy, bo wskoczyła mi duża rezerwacja”, albo „jednak nie wyjdę dziś wcześniej, rezerwacja”. Pomijając fakt, że absolutnie rozumiem jak działa gastro (tak jak wyżej wspomniałam, sama przez to przechodziłam), te kilka słów, potrafi wyprowadzić z równowagi. Ciśnienie wzrasta, kiedy musisz odłożyć wizytę u fryzjera, co oznacza, że na następną czekasz kolejny miesiąc, kiedy po raz kolejny odkładasz spotkanie z koleżanką, której nie widziałeś, co gorsze, kiedy musisz odwołać wyjazd, o koncercie lub innym wydarzeniu kulturalnym nie wspomnę.

Cóż nasze życie jest pełne niespodzianek, pełne nie przewidywalnych zmian, ale nadal potrafimy nad tym panować. Czy to dobra organizacja ?

Myślę, że tak. Przed nami jeden z większych egzaminów, który sprawdzi naszą umiejętność organizacji. Stay tuned będzie wyjazd, będzie dużo materiałów dla Was 🙂

M.

Day off

Dzisiaj o tym, jak gastromąż dzielnie znosi dni wolne, których ma jak kot napłakał (zwłaszcza od czasu, kiedy z kolegą prowadzi własny biznes). 
Znosić dzień wolny – brzmi paradoksalnie? Pamiętam z czasów mojej pracy w gastro, jak ciężko zmieścić wszystkie swoje plany w np.1 dzień wolny w tygodniu. W pozostałe dni niby pracujesz od powiedzmy południa, ale też po późnowieczornych / nocnych godzinach szychty nie zrywasz się z łóżka skoro świt… chyba że jesteś moim mężem.
Dzisiaj z podziwem o tym, jak łączy życie zawodowe z rodzinnym i pasją, którą jest rozwijanie tężyzny na siłowni z kilkucyfrowymi obciążeniami, czasem o matko! w godzinach, które dla mnie sowy mogłyby nie istnieć.
Jakie urozmaicenia czyt.zagrożenia mogą towarzyszyć gastromężowi w wolny dzień?
– Wycieczka do księgowej (dotyczy własnego biznesu – tak, chętnie bym Was zaprosiła, ale chcąc uszanować anonimomość mojego gastromęża, muszę zachować szczegóły dla siebie).
– Zamówienia – na szczęście możliwe do wykonania zdalnie, choćby z kanapy.
– Telefony od zastępców/ innych współpracowników, zależy jaka jest struktura knajpy. Wiadomo, że znad lego czy książki można podawać tajne receptury szefa kuchni albo rozwiązywać wszelkie możliwe problemy gastroświata. Można też przy tym wyjść do innego pokoju, żeby nie patrzeć, jak przewracam oczami pt.”przecież masz wolne”.
– Czego gastrożony boją się najbardziej: nagłe wezwanie. Opcje są dwie, każda jak z pogotowia: nagła niedyspozycja zastępcy (choroba czy inna przypadłość na skutek poprzedniego wieczoru) lub duża rezerwacja (czyli masz nadzieję, że nie skończy się na przystawkach i butelce wina). Może jeszcze kryzys z dostawcami, nigdzie w mieście nie można dostać …, więc Jego obecność jest niezbędna, jak na przyjazd Alicia Keys (tak,tak, o dziwo je coś pomiędzy koncertami).

Jak ja urozmaicam gastromężowi wolny dzień?
Choć gastrożona z założenia powinna być samodzielna, żeby przetrwać (wg mnie oczywiście, nie ma na to żadnych regulacji, życie tylko weryfikuje), nie jest przecież samowystarczalna:) Ja z racji mojego obecnego stanu na pewno nie jestem (new baby  loading 75%).

Załączam dowód nr 1.

Na dzień wolny mego męża szykuję całą listę rozrywek:
– zakupy z auta (normalka, 3.piętro bez windy)
– żarówka w łazience (za wysoko, żeby nie było, aż tak nietechniczna nie jestem, rozróżniam nawet e14 od e27, od bodajże tygodnia)
– przykręć proszę…
– napraw proszę…
– spójrz, może taki wózek..
– a tę lampę w korytarzu poprawisz?
– zdejmij mi ze schowka..
– posprzątaj w schowku, jak już stoisz na drabinie (od pół godziny),
– zobacz, jak wymyśliłam w kuchni…
– zebranie w przedszkolu..
– zamówmy może..
– a do porodu..
– musimy kupić..
– zepsuł mi się…
I tak przez cały dzień. Normalne sprawy, kumulacja wynika ze słynnego „taka praca”. Co mi to daje, poza niezbędną pomocą?
Spokój sumienia, że przynajmniej w pracy może trochę odpocznie;) Poza tym szeroki wachlarz umiejętności gastroludków tajemnicą nie jest, więc żal tego potencjału nie wykorzystać.

Załączam dowód nr 2. Doniczkowce to moja pasja, ale załączam też dla perspektywy, można mnie z górą lodową pomylić.

O urozmaicaniu dni wolnych zadaniami płynącymi z wzajmnej miłości z żalem nie napiszę, się domyślcie;)
Pozdrawiam w MÓJ wolny dzień. Kto ma męża* w domu, niech Go dobrze wykorzysta 😉
A.

*zamiennie z: partnera, kohabitanta, chłopaka, płci wg preferencji.

Młodzi, gniewni

Stosunkowo niedawno, jakieś 4,5 roku temu, kiedy nie miałam jeszcze męża, ba! nawet faceta u boku i beztrosko żyłam w swoim małym, fajnym świecie, obserwowałam ludzi. Nie raz byłam świadkiem scen typu: rozwrzeszczane dziecko w sklepie, na ulicy, leży i płacze, matka stoi i widać, że ma ochotę zapaść się pod ziemię, albo krzyczy tak, że masz ochotę podejść i zwrócić uwagę. Matka w restauracji, która daje swoim dzieciom smartfony do obiadu byleby jadły, albo taka, która nie zwraca uwagi na to, co robią jej dzieci puszczone samopas ( tu akurat mi zostało, w sensie nerw na takich rodziców).

Generalnie, żeby było jasne, nigdy nie byłam z tych, co im wszędzie dzieci przeszkadzają, absolutnie! Wiadomo, jak lecisz na szalone wakacje z przyjaciółkami  i już w samolocie zaczynasz imprezę, to wolałabyś nie mieć za sobą płaczących, cały lot dzieci (ale są gorsze grupy, których znieść nie mogę). Zawsze byłam tolerancyjna do odpowiedniej granicy, bo nie ukrywam, dzieci specjalnie nie lubię. Tzn obcych dzieci of course 🙂 Nigdy nie byłam typem urodzonej przedszkolanki, co to do każdego dziecka od razu pała miłością nieskończoną.

W każdym razie, jak obserwowałam takie sceny małych buntowników, to zawsze miałam w głowie, ja.. ja! to tak na pewno nie będę miała. To jest hit! Jakby tak wtedy ktoś z przyszłości pokazał mi, z czym będę się mierzyć za 4 lata, to bym się nieźle zdziwiła. 🙂 Wpis ten więc będzie pokrótce o buncie, u mnie akurat 2 latki, ale podejrzewam, że matki i starszych i młodszych odnajdą w tym tekście kawałek swojego życia.

Foch, więc idę spać.

Moje dziecko przez pierwszy rok swojego życia, było aniołem. Totalnie. Wszystko, co najlepsze od niej dostałam: każda noc przespana, żadnych kolek, płaczliwych nocy, chorób, problemów z jedzeniem itp. Sytuacja zaczęła się zmieniać diametralnie, kiedy moje dziecko skończyło 1,5 roku, a istne apogeum dzieje się teraz. Większość pozostało, rozpoczął się jednak klasyczny bunt: słowo „nie” na wszystko jest słowem ulubionym, ukochanym wręcz, w każdej sytuacji. Nie, będę spała, nie będę się  ubierać, nie będę teraz z tobą rozmawiać, nie wyjdę ze sklepu, nie wejdę do sklepu, nie wejdę do auta, nie wyjdę z auta 😀 Chyba jedynie ze żłobkiem ( ODPUKAĆ!!!! ) nie ma problemu. Zawsze chętnie chodzi i wychodzi. Odbieram Ją ze żłobka w znakomitym nastroju, a już w czasie powrotu do domu ( jakieś 3-4 min autem), Jej humor potrafi zmienić się o 180 stopni. Jako matka, która na wszystko szuka odpowiedzi, przeczytałam już milion publikacji na temat buntów dzieci. I choć wiem, że jest to proces zupełnie normalny, u jednego dziecka przechodzi łagodnie, u drugiego hardcore. To nadal są momenty, w których nie ogarniam. Nie potrafię zrozumieć, czuję się jak najgorsza matka świata, kiedy tracę cierpliwość i zamiast spokojnej rozmowy z dzieckiem, podniosę głos, albo powiem coś, czego potem żałuję. Staram się być konsekwentna, ale my mamy, posiadamy też pewne granice cierpliwości i pokłady spokoju, które kiedyś się kończą.

Sprzątania nie będzie!

Jak ja teraz dobrze rozumiem te matki, co stoją na środku sklepu i patrzą na te swoje pociechy, wijące się po podłodze jak dzikie węże. Tak bardzo jak je kochają, tak intensywnie zapala się czerwona lampka, z alarmowym hasłem „zaraz wybuchnę, proszę się odsunąć”. Rozumiem, jak matki po 20 min tłumaczenia, proszenia, obiecywania, grożenia, że już nigdy więcej żadnej bajki, po prostu biorą na ręce małego „terrorystę” i go siłą wynoszą. Rozumiem smartfona z bajką w restauracji, żeby szczęśliwie i nie przeszkadzając całej restauracji dotrwać do wyczekiwanego posiłku. Rozumiem też dużo więcej i chyba powoli przygotowuje się na kolejne ekscesy w wykonaniu mojej rezolutnej 2 latki. Co więcej, widzę, czuję na sobie spojrzenia takich, jak ja niespełna 5 lat temu i co robię? Uśmiecham się pod nosem i myślę sobie, że ten kto mnie obserwuje, jeszcze nie wie… co gorsza, pewnie ocenia, co z niej za matka, że jej dziecko takie niegrzeczne, że krzyczy, że nie słucha. Mam też przykład w drugą stronę. Ostatnio byłyśmy z M. pierwszy raz w kinie na porankach dla dzieci. Moje dziecko jako wierna fanka Psiego Patrolu ( pozdrawiamy małego B. –  drugi psychofan ) cały seans ( 50 min) siedziała jak zaczarowana, czułam, dosłownie, czułam na sobie wzrok innych rodziców, których dzieci były zainteresowane bajką nie dłużej, niż 5 min. Wiem, co sobie myśleli, ale ma szczęście, jakie grzeczne dziecko bla bla.. Generalnie się zgadza, jest grzeczna i ułożona, ale przechodzi też bunt w najgorszy możliwy sposób. Widzicie więc, jak pozory mylą, jak widzimy rodziców z dziećmi w sklepie to zaledwie 2-5 min wycinka z ich życia, nie wiesz jak ich pociechy zachowują się na co dzień, nie wiesz czy ten krzyk i płacz nie jest spowodowany np. złym samopoczuciem, albo zmęczeniem itp.

Mam więc prośbę, nie oceniaj, nawet jak jesteś już rodzicem. Oceniaj siebie, patrz na siebie, analizuj swoje zachowania i relacje. A Wam  drogie mamy ( i ojcowie również)  spokoju i cierpliwości. Pozwólcie sobie czasem na błędy i porażki, na chwile słabości, każdy z nas je ma. Bądźcie wyrozumiali dla swoich małych buntowników, którzy tak naprawdę przechodzą ciężki okres, tak samo jak Wy.

I dużo miłości !!! Tyle, ile mieści to serce poniżej! Jesteśmy dziś razem z WOŚP !!!

M.