Święto (Zakochanych)

Walentynki to przykład idealnie obrazujący cechę życia wielu gastropar: nieobecność. Święto zakochanych jest jednym z dni w gastronomii, w które pracy jest więcej niż zazwyczaj, godzin pracy tym bardziej. Pięknie się tym samym objawia, że Ci którzy potrzebują ustalonego dnia na świętowanie uczuć, idą jak w dym w celebrację, najczęściej przez wspólną kolację. Na którą ja jako gastropartnerka nie mam szans.
Tak jak Walentynki odpuszczam bez żalu, trudniej bywało/ bywa mi pogodzić się z różnymi możliwymi nieobecnościami, w innych branżach nie do pomyślenia:  długi weekend majowy, długi weekend czerwcowy (Boże Ciało), długi weekend sierpniowy (wolny 15.08), drugi dzień Bożego Narodzenia czy Wielkanocy, Sylwester (mój dystans do tego dnia wynika pewnie z doświadczenia w gastro). 

Oczywiście wszystko zależy: od tego, jaką miejcówką zarządza gastromąż i jaka jest jej polityka dotycząca tych wolnych dni. Czy gastromąż zarządza, czy jest zarządzany. Czy  akurat Jego zastępca nie udał się przypadkiem na tzw. L4.  Czasem po ludzku zalewa mnie krew ze złości albo zazdrości rodzinom, w których pracę kończy się o 17 i weekendy spędza zawsze razem. 

Jak sobie radzić? Razem. Znowu potrzebna jest elastyczność. Można wyjechać, jak inni już wrócą, można zrobić weekend w środku tygodnia, można sobie powynagradzać to i owo tak czy siak. Niezbędne są chęci, a że gastrobiznes też lubi długie weekendy, to dzisiaj zaczynamy długi weekend walentynkowy. Chęci potrzeba więc znacznie więcej. Wszechobecne serduszka i zestawy podarunkowe w sklepach już od dobrych kilku dni przypominały mi, że mój mąż będzie wracał jeszcze później i jeszcze krócej niż zwykle rozmawiał ze mną przez telefon.

Trzymam kciuki dzisiaj i do niedzieli za wszystkich gastroartystów i rzemieślników i ich drugie połówki. Przyjemnego świętowania w przyszłym tygodniu po porządnym odespaniu ♥ Walentynki? Na pewno warto mieć alternatywny pomysł na ten dzień. Oby tylko na ten;)

A.

W zdrowiu i chorobie…

Są w naszym życiu momenty, kiedy praca mojego męża to dla nas błogosławieństwo.

Jednym z nich jest moment, kiedy dopada nas, a konkretnie córkę choróbsko. W swojej karierze M. na szczęście nie ma wielu tygodni spędzonych w domu. Nie opuszcza żłobka na dłużej niż tydzień, ale przeziębienie ze wskazaniem na pozostanie w domu, się zdarza.

Dziecko w chorobie part 1.

Co się dzieje, kiedy słyszysz od lekarza tydzień w domu? Tydzień urlopu i opieki nad dzieckiem, projekty leżą odłogiem, bo przy dziecku nic nie zrobisz (przynajmniej przy moim, najlepiej przecież bawić się siedząc mamie na głowie). Po tygodniu niewychodzenia z domu, dla aktywnej mamy, która stara się dziecku zapewnić wiele ciekawych zajęć, powoli obie dostajemy ostro na głowę. Jestem z tych osób, które uważają, że zrównoważone życie zawodowe i rodzinne, to sukces i spokój w głowie. Czas urlopu macierzyńskiego, kiedy z M. byłyśmy 24 h razem, był czasem cudownym, ale cieszę się, że zdecydowałam o powrocie do pracy. Nie lubię siedzieć w 4 ścianach, stram się brać z życia co się da,  lubię, jak coś się dzieje, jak się czegoś uczę (stąd nasz kalendarz do końca maja jest już praktycznie w całości zaplanowany). Nie pamiętam weekendu, który cały spędziliśmy w domu nie robiąc nic (nie licząc 1 – w chorobie).

Dziecko w chorobie part 2. Kreatywne gotowanie.

Oprócz swojego spełnienia, jestem szczęśliwa patrząc jak moje dziecko rozwija się w żłobku. Trafiłam na super placówkę, do której moje dziecko biegnie wręcz z radością. Widzę jak w ciągu roku rozwinęła się pod każdym względem i jestem przekonana, że ja sama w domu bym jej tego nie zapewniła.

Wracając do tematu radzenia sobie w awaryjnych sytuacjach,

Jesteśmy szczęściarzami, bo w każdej chwili może przyjechać babcia, albo dziadek, ale to ma też swoje minusy. Ktoś jest cały czas u ciebie w domu, mniej prywatności, czasu na swoje zajęcia np. (joga), a poza tym gość w domu cały tydzień jednak męczy.

I tu rozpocznę pochwałę życia z gastromężem, który zarządza swoim czasem pracy, ma pracowników, którym może oddelegować specjalne zadania i jest dostępny dla rodziny. Nasz ostatni tydzień wyglądał następująco – mąż 8-16 w domu na dyżurze z dzieckiem, ja wracam, on wychodzi do pracy. Wiadomo, wiadomo może się trochę mijamy, ale wszystko da się nadrobić, albo za cenę krótszego snu, albo w nadchodzący weekend, kiedy jeden dzień będzie w całości dla nas.

I tu chciałabym podkreślić jak dobrze mieć męża, który ogrania życie.

Co mam na myśli? Nie dość, że super zajmuje się dzieckiem i widzę, jak dla obojga jest to cenny czas, to jeszcze ugotuje obiad, posprząta, a nawet wykona jakieś drobne prace „remontowe”, które czekały na wolną chwilę.

(Piękne są te nowe fugi ) Ja w tym czasie mogę ze spokojną głową udać się do pracy i robić swoje, wiedząc, że jedno z drugim świetnie się bawi.

Tak, tak moi drodzy, to jeden z nielicznych postów (oczywiście z przymrużeniem oka) , kiedy wychwalam gastromęża i jego wkład w nasze życie rodzinne.

Dziękuje A., że razem dajemy radę !


Me-time vol.1 sport

Sportowe kształtowanie ciała i ducha to dla gastromatki często głos wołającego na puszczy. W jeden wtorek możesz iść na swój pilates, a potem dopiero za 3 tygodnie. Albo w czwartek, jeśli znajdziesz kogoś, kto zostanie z dzieckiem. Tyle zachodu, a co zrobić za tydzień?Ile karnetów na siłownię pożegnałam z żalem, ile wyjść na fitness musiałam odpuścić, żeby potem przestać je planować, nie mogąc liczyć na obecność męża w domu? Sytuacja nie dotyczy tylko gastromężów, ale wszystkich ojców dzieciom, którzy pracują w zmiennym systemie. Jak ktoś ma taką opcję, można sobie pomóc, zostawiając dzieci z babcią/dziadkiem/wujkiem etc. Mnie też zdarzało się to robić, ale raczej przy okazji rozrywek nie-sportowych;) Można też poranne obowiązki opiekuńcze scedować na męża i wstawać o 5, żeby już po godzinnym treningu być świeżą i pełną wigoru w pracy od 8. Jeśli to komuś odpowiada, mnie nie. Więcej wspomnień mam z powrotów o 5, niż wstawań. Wróc, dzieć 1. przypomniał mi, jak to jest nie spać o 1,2,5. Zaklinam teraz dziecia 2, żeby choć trochę spała. Wracając do sportu, można też do pracy biec, robiąc dwa kółka przez park. Można też robić przysiady w kolejce do ekspressu, można też rozciągać się w kolejce do łazienki. Sęk w tym, że trochę nie o to chodzi.

Trening to część wielkiego wyzwania w życiu gastromatki pt.czas dla mnie. Me-time w życiu matek to temat na książkę w ogóle, a szczególnie obszerny rozdział poświęciłabym tym, które nie mając zaplecza rodzinnego, pozostają aktywne zawodowo, towarzysko, jeszcze nie aspołeczne, już prawie padające ze zmęczenia, ale jeszcze dadzą radę uszczknąć coś z życia dla siebie.

Wracając do myśli początkowej, czy da się trenować i dbać o siebie, będąc w gastrozwiązku? Tak, jeśli pokochasz jogę. Jeśli masz inne pomysły, będziemy Ci wdzięczne za komentarz z inspiracją. Tak się złożyło, że dla M. i dla mnie wieczorna joga w salonie okazała się najlepszym wyjściem. Na teraz. 

Czas dla mnie wypełniam treningiem i nie myślę o wszystkim, co mnie goni w dzień. Korzystam z gotowych treningów na youtubie. Unikam tylko tych po niemiecku, za Chiny nie mogę się skupić 🙂

Od czasu trenowania w ciąży zdarza się, że prześladuje mnie jakaś myśl, jak np.dzisiaj (trening wyjątkowo w południe). Najczęściej jest to pizza :):):) Więc tak ją robię:

Zawsze tak samo, heheh

przyjemnego wieczoru.

A.

Organizacja – rzecz święta!

Logistyka w naszej rodzinie jest na bardzo wysokim poziomie. I absolutnie nie jest to spowodowane tym, że oboje jesteśmy super organizowani, musieliśmy się tego nauczyć.

Do momentu, w którym byłam na urlopie macierzyńskim, szło gładko. Ja swoje „załatwianie” spraw musiałam tylko dopasować do wolnych dni mojego męża, które w tym wypadku (na szczęście) często miały miejsce w tygodniu. Urząd od rana? Nie ma problemu. Fryzjer, kosmetyczka, paznokcie od rana (co w tej historii jest istotne- od rana oznacza pełno wolnych terminów, po 16.00 jest dramat), no problem. Badania moje – dziecka, szczepienia- wszystko załatwiamy razem w wolny dzień.

Od spraw codziennych, przechodzimy do wyjazdów. Wizyta u rodziców w tygodniu, nie ma problemu, większość (u nas) babci i dziadków na emeryturze, kompletnie nie przeszkadza im, że będziemy w poniedziałek i wtorek, a nie w weekend. Wyjazd we trójkę na weekend (w tygodniu of course), żadnych przeszkód, a i prawdziwe weekendy się zdarzały!

Wakacje – och jak tutaj było łatwo, mąż oświadcza: mam tydzień wolnego, ja siadam i organizuje wyjazd. Jakie to proste.

czerwiec 2018r.

Rzecz potwornie ważna, dla każdych rodziców- wyjazdy we dwójkę. Jestem ogromnie wdzięczna, że oboje mamy takich rodziców, co to na każde zawołanie są, by nam pomóc. Od kiedy więc jest z nami M. mieliśmy wiele okazji, by wyjechać, pójść do kina, teatru i na koncert. Tych koncertów w przeciągu ostatnich dwóch lat było więcej niż w przeciągu całej naszej wspólnej kariery. Da się? Da, jeżeli masz odpowiedni support, można zorganizować wszystko.

Woodstock 2018

Małe schody zaczęły się, kiedy po roku „urlopu” macierzyńskiego wróciłam do pracy. Poniedziałek – piątek 8:00-16:00. Zaznaczę, że to nowa praca, poprzednio również pracowałam w gastro i miałam tak samo nienormowany czas pracy, jak mój luby.

Ogromnym plusem takiego etatu jest to, że równo ze mną swoją przygodę ze żłobkiem rozpoczęła moja córka. Kto oddawał dziecko do żłobka, ten wie, jakie są początki tej fascynującej przygody. Ja w nowej pracy- moje dziecko pierwszy raz w życiu w placówce! Jakie istne to było szaleństwo, jeszcze kiedyś Wam opowiem.

Ogólnie rzecz biorąc planowanie różnych rzeczy podskoczyło z poziomu podstawowego do poziomu level hard. Umówienie się na paznokcie po 16:00- co najmniej z miesięcznym wyprzedzeniem, fryzjer, kosmetyczka – to samo. Dodatkowe zajęcia, chociażby basen, owszem są możliwe do zrealizowania, ale nie ma w tym, żadnej regularności, raz pójdę po południu, raz wieczorem, czasem przez dwa tygodnie w ogóle, bo akurat tak wyjdzie. W związku z tym kurs językowy, zajęcia fitness, wszystko, na czym musisz być regularnie, podpada.

Wspólne weekendy, wyjazdy, urlopy – wszystko się da zorganizować, z odpowiednim wyprzedzeniem. Miesiąc jest zaplanowany w 100% już od pierwszego dnia miesiąca, a czasem i wcześniej.

Wszystko pięknie, ale zdarzają się chwile, kiedy wszystkie plany rujnuje jedno zdanie: „kochanie muszę jutro być w pracy, bo wskoczyła mi duża rezerwacja”, albo „jednak nie wyjdę dziś wcześniej, rezerwacja”. Pomijając fakt, że absolutnie rozumiem jak działa gastro (tak jak wyżej wspomniałam, sama przez to przechodziłam), te kilka słów, potrafi wyprowadzić z równowagi. Ciśnienie wzrasta, kiedy musisz odłożyć wizytę u fryzjera, co oznacza, że na następną czekasz kolejny miesiąc, kiedy po raz kolejny odkładasz spotkanie z koleżanką, której nie widziałeś, co gorsze, kiedy musisz odwołać wyjazd, o koncercie lub innym wydarzeniu kulturalnym nie wspomnę.

Cóż nasze życie jest pełne niespodzianek, pełne nie przewidywalnych zmian, ale nadal potrafimy nad tym panować. Czy to dobra organizacja ?

Myślę, że tak. Przed nami jeden z większych egzaminów, który sprawdzi naszą umiejętność organizacji. Stay tuned będzie wyjazd, będzie dużo materiałów dla Was 🙂

M.

Day off

Dzisiaj o tym, jak gastromąż dzielnie znosi dni wolne, których ma jak kot napłakał (zwłaszcza od czasu, kiedy z kolegą prowadzi własny biznes). 
Znosić dzień wolny – brzmi paradoksalnie? Pamiętam z czasów mojej pracy w gastro, jak ciężko zmieścić wszystkie swoje plany w np.1 dzień wolny w tygodniu. W pozostałe dni niby pracujesz od powiedzmy południa, ale też po późnowieczornych / nocnych godzinach szychty nie zrywasz się z łóżka skoro świt… chyba że jesteś moim mężem.
Dzisiaj z podziwem o tym, jak łączy życie zawodowe z rodzinnym i pasją, którą jest rozwijanie tężyzny na siłowni z kilkucyfrowymi obciążeniami, czasem o matko! w godzinach, które dla mnie sowy mogłyby nie istnieć.
Jakie urozmaicenia czyt.zagrożenia mogą towarzyszyć gastromężowi w wolny dzień?
– Wycieczka do księgowej (dotyczy własnego biznesu – tak, chętnie bym Was zaprosiła, ale chcąc uszanować anonimomość mojego gastromęża, muszę zachować szczegóły dla siebie).
– Zamówienia – na szczęście możliwe do wykonania zdalnie, choćby z kanapy.
– Telefony od zastępców/ innych współpracowników, zależy jaka jest struktura knajpy. Wiadomo, że znad lego czy książki można podawać tajne receptury szefa kuchni albo rozwiązywać wszelkie możliwe problemy gastroświata. Można też przy tym wyjść do innego pokoju, żeby nie patrzeć, jak przewracam oczami pt.”przecież masz wolne”.
– Czego gastrożony boją się najbardziej: nagłe wezwanie. Opcje są dwie, każda jak z pogotowia: nagła niedyspozycja zastępcy (choroba czy inna przypadłość na skutek poprzedniego wieczoru) lub duża rezerwacja (czyli masz nadzieję, że nie skończy się na przystawkach i butelce wina). Może jeszcze kryzys z dostawcami, nigdzie w mieście nie można dostać …, więc Jego obecność jest niezbędna, jak na przyjazd Alicia Keys (tak,tak, o dziwo je coś pomiędzy koncertami).

Jak ja urozmaicam gastromężowi wolny dzień?
Choć gastrożona z założenia powinna być samodzielna, żeby przetrwać (wg mnie oczywiście, nie ma na to żadnych regulacji, życie tylko weryfikuje), nie jest przecież samowystarczalna:) Ja z racji mojego obecnego stanu na pewno nie jestem (new baby  loading 75%).

Załączam dowód nr 1.

Na dzień wolny mego męża szykuję całą listę rozrywek:
– zakupy z auta (normalka, 3.piętro bez windy)
– żarówka w łazience (za wysoko, żeby nie było, aż tak nietechniczna nie jestem, rozróżniam nawet e14 od e27, od bodajże tygodnia)
– przykręć proszę…
– napraw proszę…
– spójrz, może taki wózek..
– a tę lampę w korytarzu poprawisz?
– zdejmij mi ze schowka..
– posprzątaj w schowku, jak już stoisz na drabinie (od pół godziny),
– zobacz, jak wymyśliłam w kuchni…
– zebranie w przedszkolu..
– zamówmy może..
– a do porodu..
– musimy kupić..
– zepsuł mi się…
I tak przez cały dzień. Normalne sprawy, kumulacja wynika ze słynnego „taka praca”. Co mi to daje, poza niezbędną pomocą?
Spokój sumienia, że przynajmniej w pracy może trochę odpocznie;) Poza tym szeroki wachlarz umiejętności gastroludków tajemnicą nie jest, więc żal tego potencjału nie wykorzystać.

Załączam dowód nr 2. Doniczkowce to moja pasja, ale załączam też dla perspektywy, można mnie z górą lodową pomylić.

O urozmaicaniu dni wolnych zadaniami płynącymi z wzajmnej miłości z żalem nie napiszę, się domyślcie;)
Pozdrawiam w MÓJ wolny dzień. Kto ma męża* w domu, niech Go dobrze wykorzysta 😉
A.

*zamiennie z: partnera, kohabitanta, chłopaka, płci wg preferencji.

Młodzi, gniewni

Stosunkowo niedawno, jakieś 4,5 roku temu, kiedy nie miałam jeszcze męża, ba! nawet faceta u boku i beztrosko żyłam w swoim małym, fajnym świecie, obserwowałam ludzi. Nie raz byłam świadkiem scen typu: rozwrzeszczane dziecko w sklepie, na ulicy, leży i płacze, matka stoi i widać, że ma ochotę zapaść się pod ziemię, albo krzyczy tak, że masz ochotę podejść i zwrócić uwagę. Matka w restauracji, która daje swoim dzieciom smartfony do obiadu byleby jadły, albo taka, która nie zwraca uwagi na to, co robią jej dzieci puszczone samopas ( tu akurat mi zostało, w sensie nerw na takich rodziców).

Generalnie, żeby było jasne, nigdy nie byłam z tych, co im wszędzie dzieci przeszkadzają, absolutnie! Wiadomo, jak lecisz na szalone wakacje z przyjaciółkami  i już w samolocie zaczynasz imprezę, to wolałabyś nie mieć za sobą płaczących, cały lot dzieci (ale są gorsze grupy, których znieść nie mogę). Zawsze byłam tolerancyjna do odpowiedniej granicy, bo nie ukrywam, dzieci specjalnie nie lubię. Tzn obcych dzieci of course 🙂 Nigdy nie byłam typem urodzonej przedszkolanki, co to do każdego dziecka od razu pała miłością nieskończoną.

W każdym razie, jak obserwowałam takie sceny małych buntowników, to zawsze miałam w głowie, ja.. ja! to tak na pewno nie będę miała. To jest hit! Jakby tak wtedy ktoś z przyszłości pokazał mi, z czym będę się mierzyć za 4 lata, to bym się nieźle zdziwiła. 🙂 Wpis ten więc będzie pokrótce o buncie, u mnie akurat 2 latki, ale podejrzewam, że matki i starszych i młodszych odnajdą w tym tekście kawałek swojego życia.

Foch, więc idę spać.

Moje dziecko przez pierwszy rok swojego życia, było aniołem. Totalnie. Wszystko, co najlepsze od niej dostałam: każda noc przespana, żadnych kolek, płaczliwych nocy, chorób, problemów z jedzeniem itp. Sytuacja zaczęła się zmieniać diametralnie, kiedy moje dziecko skończyło 1,5 roku, a istne apogeum dzieje się teraz. Większość pozostało, rozpoczął się jednak klasyczny bunt: słowo „nie” na wszystko jest słowem ulubionym, ukochanym wręcz, w każdej sytuacji. Nie, będę spała, nie będę się  ubierać, nie będę teraz z tobą rozmawiać, nie wyjdę ze sklepu, nie wejdę do sklepu, nie wejdę do auta, nie wyjdę z auta 😀 Chyba jedynie ze żłobkiem ( ODPUKAĆ!!!! ) nie ma problemu. Zawsze chętnie chodzi i wychodzi. Odbieram Ją ze żłobka w znakomitym nastroju, a już w czasie powrotu do domu ( jakieś 3-4 min autem), Jej humor potrafi zmienić się o 180 stopni. Jako matka, która na wszystko szuka odpowiedzi, przeczytałam już milion publikacji na temat buntów dzieci. I choć wiem, że jest to proces zupełnie normalny, u jednego dziecka przechodzi łagodnie, u drugiego hardcore. To nadal są momenty, w których nie ogarniam. Nie potrafię zrozumieć, czuję się jak najgorsza matka świata, kiedy tracę cierpliwość i zamiast spokojnej rozmowy z dzieckiem, podniosę głos, albo powiem coś, czego potem żałuję. Staram się być konsekwentna, ale my mamy, posiadamy też pewne granice cierpliwości i pokłady spokoju, które kiedyś się kończą.

Sprzątania nie będzie!

Jak ja teraz dobrze rozumiem te matki, co stoją na środku sklepu i patrzą na te swoje pociechy, wijące się po podłodze jak dzikie węże. Tak bardzo jak je kochają, tak intensywnie zapala się czerwona lampka, z alarmowym hasłem „zaraz wybuchnę, proszę się odsunąć”. Rozumiem, jak matki po 20 min tłumaczenia, proszenia, obiecywania, grożenia, że już nigdy więcej żadnej bajki, po prostu biorą na ręce małego „terrorystę” i go siłą wynoszą. Rozumiem smartfona z bajką w restauracji, żeby szczęśliwie i nie przeszkadzając całej restauracji dotrwać do wyczekiwanego posiłku. Rozumiem też dużo więcej i chyba powoli przygotowuje się na kolejne ekscesy w wykonaniu mojej rezolutnej 2 latki. Co więcej, widzę, czuję na sobie spojrzenia takich, jak ja niespełna 5 lat temu i co robię? Uśmiecham się pod nosem i myślę sobie, że ten kto mnie obserwuje, jeszcze nie wie… co gorsza, pewnie ocenia, co z niej za matka, że jej dziecko takie niegrzeczne, że krzyczy, że nie słucha. Mam też przykład w drugą stronę. Ostatnio byłyśmy z M. pierwszy raz w kinie na porankach dla dzieci. Moje dziecko jako wierna fanka Psiego Patrolu ( pozdrawiamy małego B. –  drugi psychofan ) cały seans ( 50 min) siedziała jak zaczarowana, czułam, dosłownie, czułam na sobie wzrok innych rodziców, których dzieci były zainteresowane bajką nie dłużej, niż 5 min. Wiem, co sobie myśleli, ale ma szczęście, jakie grzeczne dziecko bla bla.. Generalnie się zgadza, jest grzeczna i ułożona, ale przechodzi też bunt w najgorszy możliwy sposób. Widzicie więc, jak pozory mylą, jak widzimy rodziców z dziećmi w sklepie to zaledwie 2-5 min wycinka z ich życia, nie wiesz jak ich pociechy zachowują się na co dzień, nie wiesz czy ten krzyk i płacz nie jest spowodowany np. złym samopoczuciem, albo zmęczeniem itp.

Mam więc prośbę, nie oceniaj, nawet jak jesteś już rodzicem. Oceniaj siebie, patrz na siebie, analizuj swoje zachowania i relacje. A Wam  drogie mamy ( i ojcowie również)  spokoju i cierpliwości. Pozwólcie sobie czasem na błędy i porażki, na chwile słabości, każdy z nas je ma. Bądźcie wyrozumiali dla swoich małych buntowników, którzy tak naprawdę przechodzą ciężki okres, tak samo jak Wy.

I dużo miłości !!! Tyle, ile mieści to serce poniżej! Jesteśmy dziś razem z WOŚP !!!

M.

Zaliczam bez męża

Jedną z ważących kwestii w życiu z gastromężem jest czas. Pisałyśmy już o niestandardowych, często niezgodnych z prawem pracy (aaaahhaaa haha) godzinach służby. Nawet, jeśli nie liczy się ich w dziesiątkach, to po prostu godziny aktywności gastromężów poza domem przypadają o innej porze, niż reszty #family. [M., co myślisz o pomyśle na biznes: żłobek/ grupa zabawowa dla gastromałżeństw? Skoro i tak jesteśmy z naszymi dziećmi w domach;)]

Wiadomo, że nie da się w życiu za wszystkim zdążyć. Coś musi nas ominąć, żeby coś innego miało wartość. Tych COŚów jednak dla gastromęża może być więcej, niż dla innych. I choć Jego miłość do naszego potomstwa jest niekwestionowana, nie oddam Mu wielu 1-razów, które musiały zdarzyć się przy mamusi. Patrzę na Ich miłość z podziwem i często wzruszeniem (ok, teraz jestem w ciąży, tych łez jest trochę więcej), pierwszy koncert, teatr, kino…Uwierzcie mi, zyskałam przez to wiele moich debiutów.

Jakkowiek to brzmi, zaliczałam i zaliczam bez męża różne debiuty z dzieciem jako fantastycznym (tak tak, bez wyjątku oczywiście) i jeśli nie pomoc rodziny lub przyjaciół, nieodłącznym towarzyszem:

-USG piersi (mojej) z 2-latkiem – miałam tremę, bo ciemno i mama w dziwnych okolicznościach z jakimś panem, ale stworki z nadmuchanej rękawiczki stanęły na wysokości zadania, pomysł pana doktora.

– depilacja w salonie z chyba roczniakiem w wózku (było ciężko, chciał chodzić, a ja raczej chciałam leżeć bez ruchu, żeby skończyć jak najszybciej. Przyznaję, tu z pomocą przyszedł smartfon i youtube. Młody był w szoku, bo to nowość była, więc zrobiłam przy okazji 2 brwi, nie jedną).

– auto od mechanika z drugiego końca miasta po pracy i żłobku plus wypad na tygodniowe zakupy – żaden problem.

– fryzjer z biegającym 2-latkiem- stał się cud, zrobił sobie drzemkę na kanapie (2-latek).

-podróże – z dzieciem i psem to pikuś – o podróżach będzie jeszcze na pewno, M. zaciera na pewno rączki do pisania na samą myśl. Zaliczyłam jednak sporo rodzajów podróży z podopiecznymi bez męża: komunikacja miejska, pociąg, auto. Ostatnio odwiedziliśmy nawet prawdziwą lokomotywę, ale to tajemnica;)

– weekendy z rodziną/przyjaciółmi bez gastromęża oczywiście też.

– kurs angielskiego z niemowlakiem- zaliczyłam, przez Skype’a ostatecznie, ale zawsze;)

-zakupy takie na 2 tygodnie z wkładającym do ust wszystkie możliwe opakowania dzieciem, płacz w kilometrowej kolejce do kasy, ucieczki z kilometrowej kolejki. Jak ktoś myśli, że to banał, polecam w przypadku braku adrenaliny.

– niezliczone kilometry spacerowe, które przeszliśmy, wysyłając tacie zdjęcia i filmiki.

zdjęcia z rodzinnego albumu A. 2017

– na niektóre debiuty brakuje mi odwagi albo na szczęście wystarcza rozumu. Nie poszłam np. z ponad 3-letnim Młodym do gino. Przełożyłam, tracąc pół dnia w pracy, ale zyskując na zdrowiu psychicznym syna i swoim.

W styczniu zaczynam szkołę rodzenia, pewnie w towarzystwie mojego 3-latka, też się będzie działo:P A potem czekają mnie debiuty w podwójnym towarzystwie, niech ktoś trzyma kciuki, mnie ręki braknie:P:P

Dedykuję ten wpis nie tylko gastrorodzinom, ale też MK – fantastycznej matce, żonie zawodowego kierowcy, pokłony i Ona wie, jak bardzo szanuję Ją za Jej siłę. Bywa sama z podopiecznymi tygodniami, też ze względu na pracę męża.

Życie z gastromężem szybko uczy, żeby różne aktywności podejmować osobno, bo razem bywa statystycznie rzadziej. Mamy z naszymi gastromałżami mniej czasu, więc często „jesteśmy bardziej”. Kłócimy się pewnie tak często, jak inni, ale szybko się godzimy (prawda, Kochanie?), po choinkę możemy jechać i przed wieczorem, byleby zdążyć razem ubrać, samemu to nie frajda, itd.

Jak Wasze powroty do rzeczywistości po świętach? Dla mnie ten czas jest podwójnie magiczny, bo jesteśmy ze sobą, bardziej niż na co dzień i potem za tym tęsknię. Jest jakaś pozytywna strona tego, że czas leci (za)szybko, za chwilę kolejne święta;)

A.

Mąż kucharz – historia prawdziwa

Nasze ulubione stwierdzenie: „Ooo masz męża kucharza, ale musisz mieć dobrze. Na pewno gotuje Tobie same dobre rzeczy..” 

Tak, co dzień na śniadanie i kolacje jemy homara, ostrygi i wymyślne dania wszelakich kuchni świata. Co dzień menu jest różnorodne i dania nigdy się nie powtarzają. Nasi mężowie po pracy ochoczo wskakują w kolorowe fartuszki i pichcą nam 5 zbilansowanych posiłków. Ich kreatywność i wyobraźnia kulinarna sięgają wyżyn właśnie w domu. W szaleńczym wirze tworzą nowe połączenia smakowe. A po wszystkim dokładnie sprzątają kuchnie, myją gary, a przy okazji machną całe mieszkanie..

Taka jest rzeczywistość, w waszej wyobraźni. A jak jest naprawdę?

Częściej to my gotujemy w domu, a nasi mężowie z nieskrywaną radością pałaszują ( o ile jest czas na jedzenie) najzwyklejsze, domowe obiady. Po przygodach z rożnymi „egzotycznymi” produktami w pracy, w domu najlepiej smakuje przysłowiowy schabowy zrobiony przez kogoś innego. Kiedy za przykład dam Wam załóżmy programistę czy księgową, myślicie, że po powrocie do domu marzą tylko o tym, żeby znów usiąść do komputera? Raczej nie i w tym przypadku jest tak samo. Po całym dniu/tygodniu przy garach najzwyczajniej w świecie nie mają już siły tego robić.

Co z dziećmi, kiedy my baby w szaleńczym wirze, gotujemy obiady na kilka dni w przód ? Tego dnia pomysłów było kilka, zaczęło się od wspólnego II śniadania, skończyło na wspólnym malowaniu. Dalsza część dnia to już czyste szaleństwo!


Przy tym temacie w ogóle pojawia się ciekawe zjawisko. Kiedy wejdziesz na kuchnie [Jego kuchnię – przypadek red.;)] w pracy, wszystko błyszczy się jak…, ale już w domu działa jakaś magiczna siła, która każe wierzyć naszym facetom, że tu wszystko samo się posprząta. Nie rozgryzłyśmy jeszcze, jak to działa.

Kiedy organizujemy większą imprezę, wtedy w naszej kuchni króluje samiec alfa. Przy sytuacji, w której zdarza się 100, 200 gości na raz, czym jest przygotowanie uroczystego obiadu lub fancy przekąsek dla 15 osób? Wtedy My jako żony czujemy się jak wybranki  losu, nie stoisz od rana przy garach, tylko masz czas na ogarnięcie dziecka, swojego outfitu na wieczór i wypicie kawy z widokiem na kręcącego się po kuchni ukochanego.

Cudownie jest się też obudzić i mieć pod nosem pyszne śniadanie, które można razem zjeść i to akurat w każdy weekend się udaje. Przypominam, że nasi mężowie zaczynają prace dużo później, niż statystyczny Polak. Są więc w tym wszystkim cudne momenty, których każda klasyczna Pani domu może nam pozazdrościć.

M.


Krok po kroczku…idą święta

Od pewnego momentu w moim życiu, kiedy zabrakło przy stole wigilijnym, jednej z najważniejszych dla mnie osób, Święta nie były dla mnie specjalnie magiczne. Wszystko zmieniło się, kiedy pojawiła się Ona, Maja. Moja wymarzona córka. Kiedy zostaje się rodzicem wszystko się zmienia. U mnie zmieniło się również podejście do „przeżywania świąt”. Wigilijna kolacja, prezenty, przedświąteczny klimat, strojenie domu, nawet znienawidzone przeze mnie piosenki świąteczne ( pracując w miejscu gdzie muzyka towarzyszy Tobie cały dzień, uwierz, że można mieć dość już w połowie grudnia 🙂 ) nabierają innego wymiaru. 

Chce mi się z tego wszystkiego cieszyć bo widzę jaką to jej sprawia frajdę. I choć Maja jest jeszcze w takim wieku, że nie rozumie w pełni wszystkiego co się dzieje, chcę w niej zaszczepić miłość do przedświątecznych przygotowań, po to by w przyszłości czerpała z tego same miłe doznania. Bo przecież każdy powód jest dobry, do radości, zabawy i świętowania. Świętujcie więc już teraz, bo  ten czas oczekiwania jest chyba najfajniejszy 🙂  

My w tym roku ubraliśmy choinkę już 2 grudnia. I nie, nie dlatego, że aż tak zwariowałam na punkcie Świąt, ale dlatego że to prawdopodobnie jedyny weekend, kiedy gastromąż miał wolne i mogliśmy to zrobić razem. 
Maja przy tej czynności wiodła prym i po przystrojeniu choinki z prawdziwą radością, krzyknęła: „jeszcze raz!”. Trochę zajęło mi tłumaczenie, że następny raz będzie za rok, ale dałam radę 😉