Day off

Dzisiaj o tym, jak gastromąż dzielnie znosi dni wolne, których ma jak kot napłakał (zwłaszcza od czasu, kiedy z kolegą prowadzi własny biznes). 
Znosić dzień wolny – brzmi paradoksalnie? Pamiętam z czasów mojej pracy w gastro, jak ciężko zmieścić wszystkie swoje plany w np.1 dzień wolny w tygodniu. W pozostałe dni niby pracujesz od powiedzmy południa, ale też po późnowieczornych / nocnych godzinach szychty nie zrywasz się z łóżka skoro świt… chyba że jesteś moim mężem.
Dzisiaj z podziwem o tym, jak łączy życie zawodowe z rodzinnym i pasją, którą jest rozwijanie tężyzny na siłowni z kilkucyfrowymi obciążeniami, czasem o matko! w godzinach, które dla mnie sowy mogłyby nie istnieć.
Jakie urozmaicenia czyt.zagrożenia mogą towarzyszyć gastromężowi w wolny dzień?
– Wycieczka do księgowej (dotyczy własnego biznesu – tak, chętnie bym Was zaprosiła, ale chcąc uszanować anonimomość mojego gastromęża, muszę zachować szczegóły dla siebie).
– Zamówienia – na szczęście możliwe do wykonania zdalnie, choćby z kanapy.
– Telefony od zastępców/ innych współpracowników, zależy jaka jest struktura knajpy. Wiadomo, że znad lego czy książki można podawać tajne receptury szefa kuchni albo rozwiązywać wszelkie możliwe problemy gastroświata. Można też przy tym wyjść do innego pokoju, żeby nie patrzeć, jak przewracam oczami pt.”przecież masz wolne”.
– Czego gastrożony boją się najbardziej: nagłe wezwanie. Opcje są dwie, każda jak z pogotowia: nagła niedyspozycja zastępcy (choroba czy inna przypadłość na skutek poprzedniego wieczoru) lub duża rezerwacja (czyli masz nadzieję, że nie skończy się na przystawkach i butelce wina). Może jeszcze kryzys z dostawcami, nigdzie w mieście nie można dostać …, więc Jego obecność jest niezbędna, jak na przyjazd Alicia Keys (tak,tak, o dziwo je coś pomiędzy koncertami).

Jak ja urozmaicam gastromężowi wolny dzień?
Choć gastrożona z założenia powinna być samodzielna, żeby przetrwać (wg mnie oczywiście, nie ma na to żadnych regulacji, życie tylko weryfikuje), nie jest przecież samowystarczalna:) Ja z racji mojego obecnego stanu na pewno nie jestem (new baby  loading 75%).

Załączam dowód nr 1.

Na dzień wolny mego męża szykuję całą listę rozrywek:
– zakupy z auta (normalka, 3.piętro bez windy)
– żarówka w łazience (za wysoko, żeby nie było, aż tak nietechniczna nie jestem, rozróżniam nawet e14 od e27, od bodajże tygodnia)
– przykręć proszę…
– napraw proszę…
– spójrz, może taki wózek..
– a tę lampę w korytarzu poprawisz?
– zdejmij mi ze schowka..
– posprzątaj w schowku, jak już stoisz na drabinie (od pół godziny),
– zobacz, jak wymyśliłam w kuchni…
– zebranie w przedszkolu..
– zamówmy może..
– a do porodu..
– musimy kupić..
– zepsuł mi się…
I tak przez cały dzień. Normalne sprawy, kumulacja wynika ze słynnego „taka praca”. Co mi to daje, poza niezbędną pomocą?
Spokój sumienia, że przynajmniej w pracy może trochę odpocznie;) Poza tym szeroki wachlarz umiejętności gastroludków tajemnicą nie jest, więc żal tego potencjału nie wykorzystać.

Załączam dowód nr 2. Doniczkowce to moja pasja, ale załączam też dla perspektywy, można mnie z górą lodową pomylić.

O urozmaicaniu dni wolnych zadaniami płynącymi z wzajmnej miłości z żalem nie napiszę, się domyślcie;)
Pozdrawiam w MÓJ wolny dzień. Kto ma męża* w domu, niech Go dobrze wykorzysta 😉
A.

*zamiennie z: partnera, kohabitanta, chłopaka, płci wg preferencji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *