Zawód męża? po raz pierwszy, drugi i trzeci

Lawendowa sala porodowa była moim trzecim etapem na ścieżce szpitalnej w porodzie małej W. Trzeci zatem raz odpowiadałam na te same pytania. Nie znają obiegu dokumentów? Sprawdzają, czy nie kłamiesz? Cudowna położna, na początku nieco oschła w kontakcie (co mnie, leżącej ZNOWU pod ktg i myślącej tylko o rozwarciu, specjalnie nie ruszyło) zapytała o zawód męża. Poza moim miała jeszcze 2 porody w fazie rozwojowej mocno krzyczącej. Gdy odpowiedziałam „kucharz”, pierwszy raz podniosła na mnie wzrok znad dokumentów i spojrzała mi w oczy.

– a to Pani ma dobrze!

Wybuchnęłam śmiechem. Zatrzymałam dla siebie, co pomyślałam. Padło jeszcze kilka pytań, po których dziarskim krokiem nastawiony przeze mnie do działania i zawezwany telefonicznie, wracaj, rodzimy, do sali wkroczył mój mąż. – Kochanie, pani pyta, dlaczego nie gotujesz w domu? – zażartowałam nie po raz ostatni w tym porodzie.

– Bo mnie nie ma – tzw.kurtyna. Przynajmniej szczerze.

Tak pokrótce z dużym B. przywołaliśmy na świat naszą córkę. Razem, szczerze, z żartem tam czy siam. Hardcorowo było też, oczywiście. A potem znowu śmiesznie, jak dużemu B. salowa rozsypała skarby z torby na podłogę, więc czarował w środku tej szczególnej nocy wszystkie obecne Panie i zapraszał wizytówkami do swojej restauracji, skoro takie Jego kuchni ciekawe. Tym razem mnie ruszyło. Jako ponownie świeża mama zdobywałam właśnie k2 swego pierwszego siusiu tuż po, a w głowie kołatała mi myśl, że duży B. wolnego na córkę nie weźmie.

A.

Day off

Dzisiaj o tym, jak gastromąż dzielnie znosi dni wolne, których ma jak kot napłakał (zwłaszcza od czasu, kiedy z kolegą prowadzi własny biznes). 
Znosić dzień wolny – brzmi paradoksalnie? Pamiętam z czasów mojej pracy w gastro, jak ciężko zmieścić wszystkie swoje plany w np.1 dzień wolny w tygodniu. W pozostałe dni niby pracujesz od powiedzmy południa, ale też po późnowieczornych / nocnych godzinach szychty nie zrywasz się z łóżka skoro świt… chyba że jesteś moim mężem.
Dzisiaj z podziwem o tym, jak łączy życie zawodowe z rodzinnym i pasją, którą jest rozwijanie tężyzny na siłowni z kilkucyfrowymi obciążeniami, czasem o matko! w godzinach, które dla mnie sowy mogłyby nie istnieć.
Jakie urozmaicenia czyt.zagrożenia mogą towarzyszyć gastromężowi w wolny dzień?
– Wycieczka do księgowej (dotyczy własnego biznesu – tak, chętnie bym Was zaprosiła, ale chcąc uszanować anonimomość mojego gastromęża, muszę zachować szczegóły dla siebie).
– Zamówienia – na szczęście możliwe do wykonania zdalnie, choćby z kanapy.
– Telefony od zastępców/ innych współpracowników, zależy jaka jest struktura knajpy. Wiadomo, że znad lego czy książki można podawać tajne receptury szefa kuchni albo rozwiązywać wszelkie możliwe problemy gastroświata. Można też przy tym wyjść do innego pokoju, żeby nie patrzeć, jak przewracam oczami pt.”przecież masz wolne”.
– Czego gastrożony boją się najbardziej: nagłe wezwanie. Opcje są dwie, każda jak z pogotowia: nagła niedyspozycja zastępcy (choroba czy inna przypadłość na skutek poprzedniego wieczoru) lub duża rezerwacja (czyli masz nadzieję, że nie skończy się na przystawkach i butelce wina). Może jeszcze kryzys z dostawcami, nigdzie w mieście nie można dostać …, więc Jego obecność jest niezbędna, jak na przyjazd Alicia Keys (tak,tak, o dziwo je coś pomiędzy koncertami).

Jak ja urozmaicam gastromężowi wolny dzień?
Choć gastrożona z założenia powinna być samodzielna, żeby przetrwać (wg mnie oczywiście, nie ma na to żadnych regulacji, życie tylko weryfikuje), nie jest przecież samowystarczalna:) Ja z racji mojego obecnego stanu na pewno nie jestem (new baby  loading 75%).

Załączam dowód nr 1.

Na dzień wolny mego męża szykuję całą listę rozrywek:
– zakupy z auta (normalka, 3.piętro bez windy)
– żarówka w łazience (za wysoko, żeby nie było, aż tak nietechniczna nie jestem, rozróżniam nawet e14 od e27, od bodajże tygodnia)
– przykręć proszę…
– napraw proszę…
– spójrz, może taki wózek..
– a tę lampę w korytarzu poprawisz?
– zdejmij mi ze schowka..
– posprzątaj w schowku, jak już stoisz na drabinie (od pół godziny),
– zobacz, jak wymyśliłam w kuchni…
– zebranie w przedszkolu..
– zamówmy może..
– a do porodu..
– musimy kupić..
– zepsuł mi się…
I tak przez cały dzień. Normalne sprawy, kumulacja wynika ze słynnego „taka praca”. Co mi to daje, poza niezbędną pomocą?
Spokój sumienia, że przynajmniej w pracy może trochę odpocznie;) Poza tym szeroki wachlarz umiejętności gastroludków tajemnicą nie jest, więc żal tego potencjału nie wykorzystać.

Załączam dowód nr 2. Doniczkowce to moja pasja, ale załączam też dla perspektywy, można mnie z górą lodową pomylić.

O urozmaicaniu dni wolnych zadaniami płynącymi z wzajmnej miłości z żalem nie napiszę, się domyślcie;)
Pozdrawiam w MÓJ wolny dzień. Kto ma męża* w domu, niech Go dobrze wykorzysta 😉
A.

*zamiennie z: partnera, kohabitanta, chłopaka, płci wg preferencji.

Zaliczam bez męża

Jedną z ważących kwestii w życiu z gastromężem jest czas. Pisałyśmy już o niestandardowych, często niezgodnych z prawem pracy (aaaahhaaa haha) godzinach służby. Nawet, jeśli nie liczy się ich w dziesiątkach, to po prostu godziny aktywności gastromężów poza domem przypadają o innej porze, niż reszty #family. [M., co myślisz o pomyśle na biznes: żłobek/ grupa zabawowa dla gastromałżeństw? Skoro i tak jesteśmy z naszymi dziećmi w domach;)]

Wiadomo, że nie da się w życiu za wszystkim zdążyć. Coś musi nas ominąć, żeby coś innego miało wartość. Tych COŚów jednak dla gastromęża może być więcej, niż dla innych. I choć Jego miłość do naszego potomstwa jest niekwestionowana, nie oddam Mu wielu 1-razów, które musiały zdarzyć się przy mamusi. Patrzę na Ich miłość z podziwem i często wzruszeniem (ok, teraz jestem w ciąży, tych łez jest trochę więcej), pierwszy koncert, teatr, kino…Uwierzcie mi, zyskałam przez to wiele moich debiutów.

Jakkowiek to brzmi, zaliczałam i zaliczam bez męża różne debiuty z dzieciem jako fantastycznym (tak tak, bez wyjątku oczywiście) i jeśli nie pomoc rodziny lub przyjaciół, nieodłącznym towarzyszem:

-USG piersi (mojej) z 2-latkiem – miałam tremę, bo ciemno i mama w dziwnych okolicznościach z jakimś panem, ale stworki z nadmuchanej rękawiczki stanęły na wysokości zadania, pomysł pana doktora.

– depilacja w salonie z chyba roczniakiem w wózku (było ciężko, chciał chodzić, a ja raczej chciałam leżeć bez ruchu, żeby skończyć jak najszybciej. Przyznaję, tu z pomocą przyszedł smartfon i youtube. Młody był w szoku, bo to nowość była, więc zrobiłam przy okazji 2 brwi, nie jedną).

– auto od mechanika z drugiego końca miasta po pracy i żłobku plus wypad na tygodniowe zakupy – żaden problem.

– fryzjer z biegającym 2-latkiem- stał się cud, zrobił sobie drzemkę na kanapie (2-latek).

-podróże – z dzieciem i psem to pikuś – o podróżach będzie jeszcze na pewno, M. zaciera na pewno rączki do pisania na samą myśl. Zaliczyłam jednak sporo rodzajów podróży z podopiecznymi bez męża: komunikacja miejska, pociąg, auto. Ostatnio odwiedziliśmy nawet prawdziwą lokomotywę, ale to tajemnica;)

– weekendy z rodziną/przyjaciółmi bez gastromęża oczywiście też.

– kurs angielskiego z niemowlakiem- zaliczyłam, przez Skype’a ostatecznie, ale zawsze;)

-zakupy takie na 2 tygodnie z wkładającym do ust wszystkie możliwe opakowania dzieciem, płacz w kilometrowej kolejce do kasy, ucieczki z kilometrowej kolejki. Jak ktoś myśli, że to banał, polecam w przypadku braku adrenaliny.

– niezliczone kilometry spacerowe, które przeszliśmy, wysyłając tacie zdjęcia i filmiki.

zdjęcia z rodzinnego albumu A. 2017

– na niektóre debiuty brakuje mi odwagi albo na szczęście wystarcza rozumu. Nie poszłam np. z ponad 3-letnim Młodym do gino. Przełożyłam, tracąc pół dnia w pracy, ale zyskując na zdrowiu psychicznym syna i swoim.

W styczniu zaczynam szkołę rodzenia, pewnie w towarzystwie mojego 3-latka, też się będzie działo:P A potem czekają mnie debiuty w podwójnym towarzystwie, niech ktoś trzyma kciuki, mnie ręki braknie:P:P

Dedykuję ten wpis nie tylko gastrorodzinom, ale też MK – fantastycznej matce, żonie zawodowego kierowcy, pokłony i Ona wie, jak bardzo szanuję Ją za Jej siłę. Bywa sama z podopiecznymi tygodniami, też ze względu na pracę męża.

Życie z gastromężem szybko uczy, żeby różne aktywności podejmować osobno, bo razem bywa statystycznie rzadziej. Mamy z naszymi gastromałżami mniej czasu, więc często „jesteśmy bardziej”. Kłócimy się pewnie tak często, jak inni, ale szybko się godzimy (prawda, Kochanie?), po choinkę możemy jechać i przed wieczorem, byleby zdążyć razem ubrać, samemu to nie frajda, itd.

Jak Wasze powroty do rzeczywistości po świętach? Dla mnie ten czas jest podwójnie magiczny, bo jesteśmy ze sobą, bardziej niż na co dzień i potem za tym tęsknię. Jest jakaś pozytywna strona tego, że czas leci (za)szybko, za chwilę kolejne święta;)

A.